3. Płeć - Dzieci - Nagonka na dziewczynkę z Podkowy Leśnej
Dlaczego o tym. Krystyna Pawłowicz napisała na swoim Twiterze, że w szkole w Podkowie Leśnej jest chłopiec, do którego rodzice mówią "Agnieszka". Oczywiście pewna grupa ludzi, pełni miłości i empatii zaczęli wylewać wiadra gnoju na dziewczynkę, szkołę i rodziców. Dodam, 10 letnią dziewczynkę.
Osoby urodzone "nie z tą płcią" istnieją. Nie są wytworem swoich rodziców tylko genetycznego figla. Świat nie jest czarno biały. Kochamy wszystkie dzieci. Rodzą się dzieci "nie z tymi" genitaliami. Dlatego na przykład robiliśmy Frankowi po urodzeniu jeszcze jeden test genetyczny, żeby wiedzieć, czy napewno jest chłopcem - ze względu na mocno obniżoną cewkę moczową. A co, jeśli okazałoby się, że Franek byłby chłopcem w ciele dziewczynki? Takie rzeczy się dzieją. Osoby transpłciowe są ludźmi, tak samo jak homoseksualiści, osoby innych nacji, Żydzi, Nigeryjczycy, osoby nie wierzące w Boga. Ponadto - oni instnieją, są. I należy się im szacunek, tak jak komukolwiek innemu. Wszyscy jesteśmy Homo Sapiens.
Kopiuję tu artykuł do którego zdjęcia robił mój kolega Łukasz Sokół. Proszę przeczytaj, poczuj i zrozum. Opisany poniżej przypadek, to nie jest jedna osoba. Ich jest naprawdę dużo.
"
Autor: Paula Szewczyk
Bił ją inny pacjent, bo mu "nie pasowała". Trafiła na męski oddział zgodnie z płcią w dokumentach"
Moja rodzina szepcze o mnie: „Mój Boże, co się podziało z tym Kamilem, co się porobiło, normalny chłopak był” – zaczyna opowiadać Emi. Ojciec lubił ją zagajać: „Młody, olej te cycki, zrób prawo jazdy”. Mama krzyczała, żeby skończyła z tą trutką w strzykawkach, a brat zapowiedział przez telefon, że jak tylko wróci z Anglii, to z radością jej wpierdoli. Czasem pod jedynym sklepem we wsi ktoś zapyta: „Jak to z tobą jest, masz siusiaka czy dziurę?”. Emi znów będzie tłumaczyć wszystko od początku: – Biologia chciała tak, że mam trochę tego i trochę tego. I nie, nie jest to żadne obojnactwo. Dziś się mówi „interseksualizm”.
Ten głupi kariotyp
Jest koniec stycznia 2015 roku, mróz. Emi wchodzi do przychodni. Kolejka, rejestracja i wielki stres. Na piętrze czeka wynik badania genetycznego – kariotypu. Zapisana na papierze kombinacja cyfr i liter ma odpowiedzieć na pytanie, które Emi zadaje sobie od dawna: kim jestem? Zanim jeszcze odejdzie od lady, zajrzy do teczki. Czarno na białym widzi: 46,XX,t(2,10)(p21,q24).
Potwierdza się: mimo że wychowywano ją na chłopaka, wcale mężczyzną nie jest. Ma męskie i żeńskie gonady (gruczoły płciowe), męskie i żeńskie narządy płciowe (nie w pełni funkcjonujące), a choć wytwarzane przez ciało hormony w większości są żeńskie, nie oznacza to też, że jest kobietą.
Pierwsza myśl? Podrzeć papier, spuścić w sedesie, zapomnieć. Tyle dobrego, że rodzice nigdy więcej nie będą mogli jej już okłamać.
Gdy spotkamy się w Warszawie cztery lata później, Emi powie, że pogodzenie się ze swoją interpłciowością – jak mówią o sobie osoby ze społeczności LGBTI, starając się nie używać formy „interseksualizm” obowiązującej w świecie medycyny, bo ta w ich odczuciu wskazuje na zaburzenie, a bycie inter to po prostu cecha biologiczna – zajmie jej półtora roku.
Wtedy na korytarzu przychodni pół życia przeleci Emi przed oczami. Pamięta, że siadła na schodach, nie była w stanie się ruszyć. Do wyjścia zmotywowało ją tylko to, że wujek siedział na dole w dostawczaku i czekała ich robota. Trudno było się skupić na przenoszeniu cegieł, bo ten głupi kariotyp migał Emi w głowie jak lampka awaryjna. Przypominał, ile złego wydarzyło się przez ostatnie 27 lat, trochę pocieszał, że nie była temu winna. Ale Emi zamiast ulgi czuje wściekłość. – Wyobraź sobie, że od urodzenia jesteś wychowywana na chłopaka. Rodzice kupują ci chłopięce ubranka, wybierają męskie imię, chociaż gołym okiem widać, jeszcze w szpitalu, że twoje narządy płciowe typowo męskie nie są. Oni udają, że tego nie widzą. Potem wyglądasz inaczej niż koledzy, sypie ci się zdrowie, nie chcesz żyć. Oni udają, że nie widzą.
A za każdym razem, kiedy próbujesz o siebie zawalczyć, przekonać ich, że coś przecież ewidentnie jest nie tak, twój ojciec mówi: „Chrzanisz, głąbie”, po czym daje ci w twarz.
Obchodziłam tylko babcię
Mama Emi bardzo chciała mieć syna. To była jej pierwsza ciąża, od początku zagrożona ryzykiem poronienia. W przeszłości miewała już problemy z hormonami, przyjmowała różne specyfiki, a kiedy zaszła w ciążę, brała ich jeszcze więcej. Emi podejrzewa, że te kuracje mogły wpłynąć na jej rozwój.
Przyjdzie na świat z jednym jądrem, niewykształconą do końca łechtaczką. Po latach dowie się, że wewnątrz ciała ma nie całkiem rozwiniętą macicę, prawy jajnik w stanie zanikowym, lewy powiększony. Wtedy jeszcze tego nie wie, na razie jest Kamilem, jej nogi, ręce, klatkę piersiową pokrywają włosy. Aż nagle w wieku 14 lat zaczną spod nich wyrastać piersi. Nie chcą się do końca wykształcić, pojawią się na nich ropiejące bąble wielkości kciuka, z których będzie się sączyć śmierdząca maź. Po każdym pęknięciu zalewa Emi brzuch.
Rzecz się dzieje na prowincji, w małej miejscowości na Dolnym Śląsku. Do lekarzy specjalistów najbliżej ma do Wałbrzycha – 40 minut, czy Wrocławia – dwie godziny. Tych potrzebuje nie tylko w związku ze swoją płcią, Emi podkreśla, że jej przypadłości zdrowotne nie mają nic wspólnego z interpłciowością. Tak się złożyło.
Jest początek lat 90., wtedy o autyzmie czy zespole Aspergera nie mówi się tyle co dziś, a Emi ma ich objawy, odkąd pamięta. Gdy skończy pięć lat, wychowawczyni z zerówki skieruje ją na badania psychologiczne. Wykażą, że intelektualnie jest na poziomie dwulatki. Poza opóźnieniem umysłowym będzie miała problemy z kośćmi, osteoporoza zaatakuje głównie zęby, będzie je wykruszać kawałek po kawałku. Coś niedobrego zacznie się dziać ze skórą. Emi wspomina: – Lekarze nie bardzo potrafili znaleźć na to lek, a skóra mi dosłownie gniła, głównie na twarzy, wyglądało to tragicznie.
Przez kolejne lata lekarze zdiagnozują u Emi: alergię, astmę, cukrzycę, kłopoty z sercem i wzrokiem, ale żadnej z tych chorób nikt nie będzie leczył. Jak to możliwe? – Kiedy się urodziłam, rodzice nie byli zbyt szczęśliwi. Od początku źle traktowali moją inność, nie akceptowali tego, że różnię się od rówieśników. Udawali, że nic się nie dzieje, nie zabierali mnie na badania. Jedyną osobą, którą obchodziłam, była wtedy babcia. To ona prowadzała mnie po lekarzach. Rodzice… – Emi milczy dłuższą chwilę. – Tak wyszło, że woleli się nade mną znęcać. Czasem w bardzo brutalny sposób.
Jak to nie chcesz baby
Dobre wspomnienia z dzieciństwa? Są, chociaż niezbyt dużo.
Pierwsze takie: Emi ma sześć lat, siedzi na podłodze, rozkręca radio. Dziadkowie potrafią jej załatwić a to zepsuty telewizor, a to pralkę. Wiedzą, że ciągnie ją do kabelków, że lubi dłubać w sprzęcie. Może spędzić tak cały dzień. Dziadków to cieszy, mówią: „Ładnie, Kamilku, baw się tu cichutko”.
Drugie: jadą samochodem na wycieczkę. Kieruje dziadek, Emi i babcia siedzą z tyłu. Będą zwiedzać zamek Czocha, jej ulubiony. Potem może dziadkowie kupią jej wafelki. To mniej więcej tyle.
Emi mówi, że tak się jakoś składa, że osoby interowe rzadko mają normalny dom. Ale nie wie, czy to interpłciowość przyciąga problemy, czy problemy przyciągają interpłciowość.
– Przez aspiego – jak pieszczotliwie mówi o zespole Aspergera – zawsze czułam się wyalienowana, trochę z boku. Ale z wiekiem nie umiałam też wpasować się w tak podstawową kwestię w życiu jak płeć. Na początku przez problemy w domu nawet tak dużo o tym nie myślałam. Zaczęłam w wieku 21 lat, na stażu dla elektryków w niedużej firmie w mojej wiosce. Koledzy, z którymi pracowałam, byli typowymi mężczyznami, a ja rysy miałam kobiece. Nigdy nie byłam w związku, więc część chłopaków chciała mnie swatać z kobietami. Nie przyjmowali do wiadomości, kiedy mówiłam, że nie chcę, pytali: „Co z ciebie za facet, jak ty nie chcesz baby?”.
Ale ona, tak jak wtedy, tak i dziś, nie odczuwa erotycznych potrzeb, seks jej nie interesuje. Emi jest osobą aseksualną.
Pytania kolegów dają jej jednak do myślenia. Początkowo diagnozuje się sama, przez internet. Kiedy dziadkowie w 2011 roku kupią jej laptopa i podłączą sieć, znajdzie artykuły o transpłciowości. Dojdzie do wniosku, że może po prostu psychicznie jest kobietą. Ale nie wszystko pasuje, przecież pozostaje jeszcze kwestia biologii.
Na wzmianki o interpłciowości Emi trafi dwa lata później. W pośpiechu zacznie przeglądać wszystkie wyniki badań, które ma, przypomni sobie, jak znosiła dojrzewanie, i to ją olśni. Świadoma niedoborów hormonalnych na własną rękę zdecyduje się na terapię. Będzie suplementować hormon żeński, sprowadzany wtedy z zagranicy nielegalnie. – Czy to było nieodpowiedzialne? – zastanawia się Emi, próbując odpowiedzieć na moje pytanie. – Powiedz to osobie, która ma dość bycia w rozsypce i widzi tylko wybór: hormony bez recepty albo ze sobą skończyć.
Co powiedzą ludzie
Jeszcze w szkole dzieci widzą, że Emi się od nich różni. Ma problemy z nauką, uznaje, że może nie jest tak mądra jak jej rówieśnicy. Próbuje nadrabiać, ale nie nadąża, czasem nawet nie umie dobrze zbudować zdania, pomaga sobie machaniem rękami, gestykuluje. Koledzy zaczynają jej dokuczać, pojawiają się pierwsze szturchnięcia. W podstawówce z klasy do klasy na trójach przechodzi tylko dlatego, że jej mama jest nauczycielką w tej samej szkole. Może też dlatego, gdy przychodzi na lekcje z siniakami, nikt o nic nie pyta?
W liceum z nauką będzie jeszcze gorzej. Największy problem Emi ma z przedmiotami ścisłymi. Pierwsze dwie klasy przejdzie na dwójach. Potem rodzice się przeprowadzą, ale Emi długo z nimi nie wytrzyma. Po niespełna trzech miesiącach zabierze swoje rzeczy i więcej nie wróci. Przejdzie pieszo 70 km, by dotrzeć do mieszkania dziadków. Może to nawet lepiej – ile można znosić ciągłe awantury.
Raz miała nadzieję, że coś się zmieni, gdy po telefonie babci do domu przyjechała policja. Wtedy akurat ojciec okładał matkę. Policjanci weszli do środka, skuli go, zabrali do radiowozu. Emi miała 12 lat, oglądała wszystko z bratem przez okno. Widziała, że ojciec porozmawiał chwilę z mundurowymi, po czym ci go rozkuli i wypuścili. Ledwo zamknął za sobą drzwi, wyładował się na dzieciach.
Dziadkowie przygarną ją do siebie, gdy skończy 17 lat. Choć i tak już wcześniej większość życia spędzała z babcią. To ona załatwi Emi nauczanie indywidualne, dzięki któremu maturę będzie mogła napisać w domu – zda. Do dziś jest jej za tę pomoc wdzięczna. Szkoda tylko, że ich relacje nigdy później nie będą już tak dobre jak wtedy. Babci i dziadkowi też zdarzy się podnieść na Emi rękę.
O przemocy w domu powie w szkole tylko raz. Wychowawczyni będzie wyglądać na przejętą, ale nie zrobi nic, by jej pomóc.
Dziś, gdy Emi myśli o przeszłości, stwierdza, że nawet bicie nie było takie złe jak to, że rodzicom nie zależało na jej zdrowiu.
– Wyniki badań – przypuszcza – były dla rodziców bardzo niewygodne, więc je niszczyli. Nie chcieli opowiadać o mojej niepełnosprawności rodzinie i znajomym. Bo jak mieli wytłumaczyć, że nie dość, że mają dziecko zacofane w rozwoju, to w dodatku bez płci? Byliśmy rodziną konserwatywną, liczyło się to, co powiedzą ludzie.
Dla rodzica interseksualizm dziecka musi być chyba gorszy niż rak, bo dzieciom z rakiem się współczucie, a z takimi jak ja nie wiadomo, co zrobić.
Syn jest niezrównoważony
Gdy Emi ma 24 lata, zbiera się w sobie, by poważnie porozmawiać z rodzicami. Jest Wielkanoc, wokół świąteczna atmosfera, a ona czuje, że psychicznie jeszcze nigdy nie było z nią tak źle. Musi się ratować. Próbuje powiedzieć im, że potrzebuje leków, badań, diagnoz. Że nie jest żadnym Kamilem, że nie chce dłużej być dla nich długowłosym chłopakiem z piersiami, że ma dosyć niezrozumienia. Ale rodzice nie wyglądają na przejętych, pytają, czy mogłaby po prostu dać sobie spokój. Emi opada z sił, fizycznie się wyłącza. Niby widzi, niby słyszy, co się dzieje dookoła, ale nic do niej nie dociera.
Emi: – Myśleli chyba, że ich lekceważę. Ojciec zaczął mnie okładać z pięści, mama otwartą ręką po twarzy. Upadłam. Nie wiem, co dokładnie działo się potem, bo obudziłam się w szpitalu z rozciętą głową. Na pogotowiu ojciec powiedział, że syn jest niezrównoważony, że sam sobie to wszystko zrobił. A że byłam po dwóch wcześniejszych pobytach w szpitalach psychiatrycznych, lekarze to kupili.
Po założeniu szwów przewieziono Emi karetką z SOR-u prosto na oddział zamknięty przy Kraszewskiego we Wrocławiu. Pobyt tam trwał aż cztery miesiące, najdłużej z dotychczasowych. Za dwoma pierwszymi – najpierw, gdy Emi miała 18 lat, na dwa tygodnie, trzy lata później na miesiąc – trafiła do Stronia Śląskiego. Zabierano ją za każdym razem, gdy podejmowała próbę samobójczą. Dlaczego nie chciała żyć? – Bo nie mogłam wytrzymać w domu z rodziną.
I o ile wcześniejsze pobyty w szpitalu jako tako udawało się jej znieść, o tyle we Wrocławiu był dramat. Emi była bita przez innego pacjenta. Okładał ją, czym miał pod ręką. Bo mu „nie pasowała”. Zgodnie z płcią określoną w dokumentach jak zawsze leżała na oddziale męskim. – Tak zrozumiałam: że mój wygląd po prostu wywołuje w ludziach agresję – mówi.
Zasłużyłaś sobie
To, jak Emi wygląda dziś, specjalnie nie różni się od jej wyglądu sprzed kilku lat. Nadal chodzi tylko w spodniach, w sukienkach niezbyt dobrze się czuje. Stanika nie nosi, nie potrzebuje. Makijaż? Absolutnie nie, stawia na naturalność. – Ale jak myślisz, odpukać – Emi pyta, pukając w stół – gdybym znów trafiła na oddział zamknięty i została umieszczona w części dla mężczyzn, pasowałabym tam?
Emi długo też nie była pewna, czy może czuć się bezpiecznie, korzystając z publicznych toalet. Wchodziła do męskiej – źle, słyszała, że chyba jej się coś pomyliło. Wchodziła do damskiej – jeszcze gorzej, kobiety patrzyły na nią niepewne. Od terapii żeńskimi hormonami jest już lepiej, Emi przetestowała damską łazienkę i rzadko na jej widok ktoś reaguje zdziwieniem. – Ważne tylko, żeby nie robić sobą zamieszania – zaznacza.
Ale te same hormony, które dla niej okazały się zbawieniem, popsuły jej relacje z dziadkami. Któregoś dnia, akurat gdy Emi wkłuwała sobie igłę, do pokoju wszedł dziadek. Oburzył się, zwyzywał ją od narkomanów. Próbowała mu tłumaczyć, że zastrzyki podtrzymują ją przy życiu, ale bezskutecznie.
Innym razem, gdy siedzieli w trójkę z dziadkami na działce, Emi opowiedziała im o swojej transpłciowej przyjaciółce, którą chciałaby odwiedzić w Gdańsku. Dziadek nie tolerował jej znajomych trans, wydarł się na nią, zaczął popychać, aż chwycił leżący na ziemi kij od motyki i uderzył Emi w głowę. Babcia poprawiła jej pięściami.Relacje z rodzicami przez ostatnie lata też zbytnio się nie zmieniły. Z mamą rozmawia dziś czasem przez telefon. Ciągle zwraca się do niej „Kamil”, Emi nie ma już siły jej poprawiać. Widują się dwa razy w roku. – Częściej rodzice sobie nie życzą. Wpadają do mnie, jak coś mi tam przywiozą, makulaturę czy inne drobiazgi. Zatrzymują samochód na podjeździe. Tata wysiada, pomaga mi wyciągnąć te rzeczy z bagażnika, mama siedzi przez ten cały czas w aucie. Uchyla szybę w oknie na dwa centymetry i przez tę szparę rzuca jakieś zdanie czy komentarz. Potem po dziesięciu minutach odjeżdżają, mówią, że nie mają więcej czasu.
Emi ma też o dwa i pół roku młodszego brata, który od małego obserwował ojca i robił Emi to samo co on. Nadal nie akceptuje, że Emi nazywa się już inaczej, że stosuję hormonoterapię. Nigdy też nie przeprosił za swoje zachowanie. Uważa, że dostała to, na co zasłużyła, a jak wróci do Polski, to jej jeszcze poprawi. – Pytasz, czy miałam przez te lata wsparcie psychologiczne? Po pierwszym pobycie w szpitalu psychiatrycznym ordynatorka poleciła mi psychoterapeutę, ale nie miał pojęcia o interpłciowości. Nawet chciałam do niego chodzić, ale wizyty na Fundusz szybko się skończyły, zaczęły się koszty, nie było mnie stać. A jak nie masz wyjścia, musisz się nauczyć zbierać się sama.
Mój pierwszy coming out
W sierpniu 2014 roku Emi jedzie do lekarza do Wrocławia. W busie przysiada się do niej starszy pan, chce się chyba komuś wygadać. Mówi, że ma na imię Jan, że mieszka sam w Bierkowicach Kłodzkich, jego dom jest stary, w zupełnej rozsypce. Ale może Emi by do niego wpadła i pomogła mu doprowadzić wodę czy dorobiła gniazdka? Ona się godzi, zawsze to fuszka do zrobienia. Ta wizyta skończy się jednak tym, że nie weźmie od niego ani grosza, zaprzyjaźnią się, a z czasem Emi praktycznie u niego zamieszka. Pan Jan ma wtedy 80 lat, Emi się nim zaopiekuje.
Ona mówi do niego „bierkowicki dziadku”, on nazywa ją „panną Milą”. Choć ich relacja do łatwych nie należy. Pan Jan jest dość specyficzny, trzeba wiedzieć, jak do niego dotrzeć. Sąsiedzi sobie z nim nie radzą, ale Emi tak. Gdy odbierze wynik z przychodni, to jemu pierwszemu powie, że jest interseksualna. On pokiwa głową, wzruszy ramionami i powie: „OK, dla mnie jesteś panną Milą, i już”.
Emi mówi dziś, że to był jej pierwszy prawdziwy coming out. Tylko „dziadek bierkowicki” jest wtedy przy niej, dużo rozmawiają, on akceptuje też jej znajomych – interowych i trans – którzy wpadają do ich domu, gdy muszą uciekać z własnych. – Nigdy mu nie zapomnę, że tak ciepło ich przyjmował – mówi dziś Emi. Niestety, przybrany dziadek umiera na udar latem 2018 roku. Dom wraz ze stajnią i rozsypującą się stodołą przed śmiercią zapisze Emi.
Dziś, choć powoli, bo zdrowotnej renty ma na rękę raptem 943 zł, udaje się go Emi remontować. Nadal przyjmuje u siebie osoby transpłciowe, które nie mają dokąd pójść. Marzy się jej, by w przyszłości otworzyć dla nich hostel. Sołtys Bierkowic o pomyśle wie, ponoć nastawiony jest entuzjastycznie. Choć Emi we wsi pojawiła się nagle i znikąd, z sąsiadami ma dobre relacje. Wiedzą, że jest interpłciowa, bo Emi się z tym nie ukrywa. Choć nieraz słyszą, jak jej rodzony dziadek woła za nią: „Kamil, Kamil!”. A tu zabudowa gęsta, dom przy domu, trudno nie usłyszeć. – Czasem ktoś zapyta, jak to ze mną jest, jestem Emilką czy „jakimś Kamilem”?
To samo dzieje się za sklepem spożywczym, gdzie na mocne trunki i papierosa zbierają się mężczyźni z okolicy. Jak Emi ma chwilę, zagląda do nich podebatować o życiu. Nie lubi tylko, gdy dyskusja sprowadza się do pytania, co ma między nogami. Emi: – Próbowałam kiedyś wyjaśnić, że jestem interseksualna, ale jednego z facetów nie dawało się przekonać. Zrobił się agresywny, groził. Uciekłam. Nie wiem, czy jeszcze tam pójdę. Z drugiej strony siedzeniem w szafie nie zmieni się niczyjego myślenia ani mentalności.
Mówcie mi Emi
W 2015 roku Emi oficjalnie pozbywa się z życia „Kamila”, przynajmniej na papierze. W Polsce zmieniają się wówczas przepisy dotyczące nadawania imion, może wybrać neutralne płciowo. Nie chce też używać swojego dotychczasowego nazwiska. Od teraz w dowodzie będzie już tylko Emiele Emieńczyk. Choć ma nadzieję, że jeszcze w tym roku uda się dodać drugie imię – Elektrikos. Czemu akurat takie? Bo zawodowo Emi zajmuje się wykonywaniem instalacji elektrycznych, ale i dlatego, że ma w sobie energię do życia, której nigdy wcześniej nie czuła.
– Dzisiaj widzę siebie tak: jestem odrębną planetą. Po prawej – Emi rysuje w powietrzu kształt kul – jest planeta „cispłciowi”, czyli ci „normalni”, po lewej „transpłciowi”, czyli osoby po korekcie płci. Ja krążę między nimi.
Niektórzy mówią mi: zdecyduj się, zrób korektę, bądź mężczyzną, bądź kobietą. Ale ja tego nie chcę. Natura tak chciała, że nie urodziłam się ani K, ani M, jestem interpłciowa i chciałabym, żeby tak zostało. Zbyt długo próbowałam dopasować się do ustalonych przez większość ram, ale to się nie udawało. Proszę, nie oczekujcie już tego ode mnie, nie chcę znów trafić do szpitala.
Zdaniem Emi przed Polską jeszcze długa droga, by planety takie jak ona zostały zauważone, także przez prawo. Na przykład w Niemczech osoby urodzone z gonadami o mieszanym utkaniu mogą przy ustalaniu płci wybrać opcję „płeć neutralna”. – U nas nie ma żadnych przepisów, w których pojawiłaby się choćby wzmianka o interpłciowości czy interseksualizmie. A skoro nie ma nas w systemie, skąd społeczeństwo ma wiedzieć o naszym istnieniu? – pyta Emi. Tak koło się zamyka. Ze strachu przed niezrozumieniem i wykluczeniem osoby inter wolą się nie ujawniać.
Emi zdaje sobie sprawę, że większość ludzi to, kim jest, traktuje jak widzimisię. – Tylko że ja sobie tej płci i ciała nie wybrałam, ja się z tym ciałem urodziłam – podkreśla. – Świat nie składa się tylko, jak zapisane jest w konstytucji i jak chcieliby niektórzy, ze stuprocentowych kobiecych kobiet i stuprocentowych męskich mężczyzn. A to, że osób interpłciowych jest mało, nie znaczy, że powinniśmy udawać, że nas nie ma. Popatrzcie na mnie, jestem tu. Zaakceptujcie to i mówcie mi Emi.




Komentarze
Prześlij komentarz